niedziela, 20 listopada 2016

XVII


 Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zamieszczać noty a la informacyjnej przed rozdziałem. Wszelkie (nie)potrzebne rzeczy zawsze piszę na samym końcu, ale kij z tym. Miło powrócić na stare śmieci, więc: Dzień dobry! 



 Na samym wstępie bardzo, ale to bardzo chciałabym podziękować Joanne, która- na moje szczęście- zgodziła się współtworzyć razem ze mną ten rozdział. Jej część tekstu jej zwieńczeniem, prawdziwą wisienką na torcie. Dlatego nie przedłużając, zapraszam do czytania i mam nadzieję, że do zobaczenia już niedługo!



Isbell, jeszcze raz dzięki! Masz te browce jak w banku! 
__________________________________________


KIRK
__________________________________________

19.05.1983, Nowy Jork

 Atmosfera między Eleonore a James'em nie była napięta, choć tego się spodziewałem. Przedostatniego wieczoru oboje wrócili z komisariatu ponurzy i milczący. Nie wiedziałem, czy dziewczyna Heta zbeształa, a może nie zamienili ani słowa? Po raz pierwszy sprawy innych w ogóle mnie nie interesowały i nie zamierzałem się w nie mieszać, a tym bardziej zostać wmieszany.
 Każdego ranka posłusznie chodziłem na nagrania, zazwyczaj poprzedzone próbami. Popołudniami jedliśmy wspólnie posiłki, które niezmiennie przygotowywała Norrie. Wieczorami kręciłem się wokół baru, w którym rzekomo pracowała Joanne. Nie zdobyłem się jeszcze na odwagę, żeby tam wejść. Byłoby bardzo niezręcznie widzieć tak pewną siebie dziewczynę tańczącą na rurze. Jedynie bym się speszył i możliwe, że zemdlał. A nawet Lars radzi sobie z kobietami. 
-Kirk, potrzbuję Twojej pomocy- poczułem pięść Heta na swoim ramieniu. 
-Nie- to dobry moment na poćwiczenie asertywności. Kobietom może nie umiem odmawiać, ale kumplowi dam radę.
-Ale to ważne i...w dobrym celu- oznajmił, dumnie wypinając pierś niczym super bohater z komiksów Marvela- nie możesz mi odmówić
-Odmawiam
-Nie bądź cipą!
-No właśnie próbuję nią nie być!- zgromiłem Jamesa wzrokiem.
 Zawsze, gdy mam chwilę spokoju, tylko dla siebie, podczas której mogę odpocząć, jakiś patafian przychodzi i burzy mi drzemkę. 

-Chodzi o Norrie. Cliff się już zgodził- niby od niechcenia wspomniał o zaangażowaniu Burtona w zapewne szalony projekt. 
 Chcąc pozbyć się natręta, koniec końców uległem- czyż to nie zabawne? Jestem bardzo łatwy...i to nie tylko po pijaku.
__________________________________________

YVONNE
 _________________________________________

Los Angeles

 Szybkim krokiem przepychałam się między dużą publicznością. Spod drzwi wejściowych Whiskey A Go Go dzieliła mnie cała sala do przejścia. Pomimo tłoku- co jest zadziwiające- w niedługim czasie dopchałam się do stolika zajmowanego przez King'a.
-Yvonne!- na mój widok żwawo się podniósł, po czym mocno mnie wyściskał, bez problemu odrywając mnie od podłoża. 
-Kerry!- nie próbowałam kryć uśmiechu, a tym bardziej nieopisanego zadowolenia, jakie wywołał we mnie widok twarzy przyjaciela. 
 Dawno się nie widzieliśmy. Kerry był zajęty prosperowaniem swojego zespołu, a ja skupiałam się jedynie na tornadzie, które cyklicznie przechodzi przez moje króciutkie życie. Bardzo się ucieszyłam, gdy zadzwonił i zaproponował wspólne wyjście. 
-Przyniosę Ci piwo, siedź i się stąd nie ruszaj- z szerokim uśmiechem ruszył przed siebie. Nie omieszkał ówcześnie potargać mnie po włosach. 
 Klub był załadowany po przegi, a nawet przeładowany. Wszyscy stali w strasznym ścisku, ale nikomu to chyba nie przeszkadzało. Przy samej scenie stały nastolatki wraz ze swoimi chłopakami, którzy robili za ścianę dla nieustannie nacierającego do przodu tłumu. Po środku kilku podlotków moshowało do muzyki lecącej z głośników, a reszta ucinała sobie pogawędki, naprzemiennie sącząc tanie piwo z plastikowych kubków. O dziwo, wszyscy mieli obszyte licznymi naszywkami katany oraz adidasy, które ostatnimi czasy były nieodłącznym elementem stroju fanów thrash metalu. 
 W ostatnich miesiącach zaczęła powstawać subkultura. Dzieciaki jak i całkowicie dorośli fani wyglądem przypominali mi chociażby Hetfielda. Większość nosiła półdługie lub długie włosy, koszulki z zespołami i inne rzeczy, które wskazywały na chęć zapoznawania się z muzyką thrash metalową i jej przyczynianie się do jej szerzenia. Moim zdaniem to dosyć fascynujące zjawisko. Szare myszki nabierają charakteru, asymilują się z resztą, a pewni siebie faceci są uznawani za liderów w stadach, które tworzą się na koncertach. 
-Trzymaj- Kerry powrócił z dwoma kuflami wypełnionymi złotym trunkiem. Jeszcze lekko zdyszana po drodze, upiłam łapczywie kilka łyków. W tym momencie nie było dla mnie nic bardziej kojącego niż zimne piwo. Gdyby tylko zaczęła grać muzyka, byłoby niemal że idealnie. 
-Kerry, co dzisiaj w ogóle gra?- za pamięci zapytałam kolegę o wykonawców. Widząc tak liczną publikę byłam pewna, że musi grać coś dobrego, ale nie na tyle znanego, żeby wstęp był darmowy. Pierwszy na myśl nasunął mi się zespół Dave'a. Jednak grali tutaj ostatnio, więc byłby to dziwny zbieg okoliczności.
-Megadeth. Tom mi mówił, że nieźle łoją. Słyszałaś o nich?- odruchowo chwyciłam ucho naczynia, po czym wylałam ponad połowę jego zawartości prosto do pobudzonego żołądka.
-Taaak, byłam ostatnio na ich koncercie- odpowiedziałam, a raczej wymruczałam od niechcenia.
-Rzeczywiście są tacy dobrzy?
-Mają power...w końcu to zespół Rudego- Kerry początkowo musiał wziąć moje słowa za żart, gdyż prychnął. Po dłużej chwili przyglądania się mi chyba zrozumiał, że mówię poważnie. Zauważyłam wyraźne zmieszanie na jego twarzy, ale nie skomentował tego. Wypił browar, po czym po prostu skwitował- Może będziemy mieć miazgę. 
__________________________________________

KIRK
_________________________________________

 Pół dnia lataliśmy po różnych sklepach. Musieliśmy kupić dużo wódki, trochę piwa i dwie butelki rumu, który jest ulubionym alkoholem Eleonore. 
 Norrie kończy dzisiaj  dwadzieścia dwa lata. James w ramach przeprosił stwierdził, że wyprawi jej przyjęcie urodzinowe. Każdy był jak najbardziej za tym, gdyż pijemy wyłącznie w swoim gronie, między sesjami w studiu.
 Podszedłem sceptycznie do tego pomysłu- wiadomo, jak ostatnio skończyło się poważne chlanie w barze-, ale dałem się przekonać. Każdy musi czasem się rozluźnić i 'wychillować', jak to ładnie określił Burton.

-Ej, a balony?!- krzyknął spanikowany Hetfield. Chodził po naszej obskurnej (albo jak kto woli- skromnej) sali prób w tę i z powrotem, trzymając się za głowę.
-Co?- rzucił Cliff wyrwany z zamyślenia. 
-No balony! Trzeba nadmuchać balony, ale gdzie one kurwa są?!
-Eeee...mam paczkę gumek- Lars próbował wyciągnąć kolegę z opresji. Blondyn jednak nie zważył na jego propozycję i krzątał się po całym pomieszczeniu. Po kilku minutach przetrząsania salki znalazł paczuszkę różnokolorowych balonów. 
-O której przyjdą goście?- zapytałem, aby przynajmniej spróbować rozluźnić James'a rozmową- rzadko kiedy chodzi taki zestresowany. 
-Jacy goście?- wytrzeszczył na mnie oczy?- To nikogo nie zaprosiliście?- wszyscy się po sobie spojrzeliśmy. Jedynie Cliff uśmiechnął się pod nosem.
-To Ty robisz tę bibę, kretynie!- wypalił Lars.
-Zaprosiłem chłopaków z Venom i Anthrax- uspokoił blondyna Burton, jedyny facet w naszym zespole, który nawet na haju trzyma rękę na pulsie. Bez niego byśmy zginęli już dawno. Bez dwóch zdań...a podobno to ja jestem straszną cipą. Pfff...
-A Eleonore? Nic nie podejrzewa?- postanowiłem zadać najważniejsze pytanie. Nie sądziłem, że Het i to mógłby spieprzyć. A jednak... kolor włosów mówi sam za siebie. Najwyraźniej nie tylko w przypadku kobiet. 
-Yyy...no...ja zaraz wrócę!- James chwycił kurtkę i wybiegł jak poparzony. Mam nadzieję, że nie ma zamiaru szukać Norrie po całym mieście. Ta dziewczyna o tej porze może być...wszędzie? 
__________________________________________

YVONNE
__________________________________________

 Megaśmiercionośnierudy zespół podczas drugiego koncertu, w którym uczestniczyłam, grali głównie covery. Znalazło się jednak kilka nowości. Wręcz perełek, które musiały być tworem Dave'a. Trzeźwego Dave'a. 
 Mustaine po pijaku tworzył dla Metalliki dużo muzyki. Nie obyło się bez pomocy Jamesa, który cierpliwie znosił napady agresji albo rozbawienia swojego rudego przyjaciela. Jednak jako duet zachowywali równowagę. Kryjąc swój uraz, ale także sentyment do Dave'a, muszę przyznać, że bez niego chłopaki w pewnym momencie na pewno stanęliby w martwym punkcie. On wniósł coś nowego do zespołu, a wraz ze swoim wymuszonym odejściem zostawił. Jednak tego wieczoru wraz z nowym zespołem zagrał kilka naprawdę świetnych kawałków. Soczyste i jednocześnie intrygujące riffy, do tego przemyślany tekst, który nie mógł wyjść spod pióra naćpanego nastolatka. Byłam pod dużym wrażeniem. Nie, żebym od razu się w nim na nowo zakochała, jak to bywa w glamowych teledyskach, ale... urzekło mnie to. 
-No, mają jaja chłopaki- spojrzałam na King'a, który komentował niedawno zakończony występ Megadeth. 
-To prawda-grzecznie zgodziłam się z przyjacielem. 
-Nie wiem, czy nie mają szansy zrobić lepszej roboty niż Metallika... bez obrazy dla Twojego brata i chłopaka- wzniósł dłonie w obronnym geście, na co się jedynie zaśmiałam.
-Oh, Kerry. Jesteś głupi.
-Ale pozytywnie głupi. Musisz przyznać, że nie znasz bardziej radosnego gościa niż ja- przyjrzałam się uważnie jego potężnej posturze, która komicznie komponowała się z niezbyt powalającym wzrostem i burzą włosów okalających pełną twarz. Spod grzywki patrzyły na mnie duże, roześmiane oczy. Tak. Musiałam przyznać, że jest najbardziej pozytywną postacią w moim życiu- zaraz po Randi, oczywiście. 
-Eh...to może teraz ja pójdę po piwo?- zaproponowałam w ramach rozejmu, żeby nie utwierdzać go głośno w przekonaniu o jego wspaniałości.
-O nie, nie, moja droga. Teraz idziemy na backstage.
-Po co?- zdziwiona przekrzywiłam głowę na bok.
-Chcę przywitać się z Rudym. Dawno go nie widziałem- zanim zdążyłam zaprotestować, ujął mój nadgarstek. Nawet nie próbowałam się wyrywać, bo po co? Już raz widziałam się z Dave'em i przeżyłam. Rozmyślałam też o sojuszu między nim a Hetem, więc czemu miałabym zacząć palić most? Może dobrze spróbować się porozumieć? Odświeżyć znajomość? Zaprzyjaźnić się? Kto wie. Może Metallica z Megadeth jeszcze stworzą razem fajny projekt? Czemu więc nie miałabym być prowodyrką tego, co się wydarzy. 
-Kerry!- tak się zamyśliłam, że nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie sceny. Panowie od razu wpadli sobie w objęcia i zaczęli wzajemnie wychwalać swoje nowe gitarowe riffy. To trochę dziwne. Nie sądziłam, że Dave będzie w stanie kogoś...podziwiać? Komuś schlebiać? Yyyy...strasznie dziwne uczucie.
-Witaj, Yvonne- Rudy cmoknął mnie w policzek. Nie wiem czemu, ale lekko się speszyłam. Jego maniery...niecodzienny widok. Tak naprawdę...nie był tak potulny ani razu odkąd go poznałam. To trochę smutne, że poleciałam na kutasa, którym jest- a może był? 
-Cześć, Dave- nie bardzo wiedząc co zrobić, poklepałam go po ramieniu. 
-Co słychać?
-Wszystko w porządku. Ostatnio skończyła się sesja z egzaminami. Teraz wyczekuję wyników i...
-...balu maturalnego?- wszedł mi w pół zdania. Przekręciłam głowę na bok, lekko zdumiona- nie dziw się tak. Może zawsze byłem naćpany, ale słuchałem tego co mówiłaś. A temat balu maturalnego przewijał się od miesięcy- szeroko się uśmiechnął. Nie pozostając dłużna, na mojej burzy również pojawił się szeroki banan. 
-Nie wiem czy pójdę.
-Czemu?
-James jest w Nowym Jorku, więc nie wiem czy zdąży. Kerry tego dnia ma koncert, więc nawet nie mogę go prosić o towarzystwo.
-Ja z Tobą pójdę...jeśli nie znajdziesz lepszej partii. 
-Serio?- to była niezwykle nietypowa sytuacja. Były chłopak zapraszał mnie na mój własny bal maturalny.
 Nie wiedziałam jak zareagować. Z jednej strony bałam się zgodzić, ale z drugiej...był dobrym tancerzem. Jeśli zdołałby do tego czasu pozostać w optymalnej trzeźwości, to może moglibyśmy się razem dobrze bawić? Jako przyjaciele?


__________________________________________


KIRK
__________________________________________

 Rozległo się pukanie do drzwi. Powlokłem się do wejścia, żeby wpuścić przybyszy, ale nie zdążyłem tego zrobić. Rozległ się niezły huk i słychać było rozwalający się zamek, gdyż ktoś w nie kopnął. Tym kimś był Scott Ian i jego ekipa. Nasi kumple, którzy zajmują salkę piętro wyżej, centralnie nad nami.
-WIIITAAAAAAAAAAAAJCIE, KURWA!- Scott wrzasnął na powitanie i bez niczego wszedł do środka. Rozejrzał się, a widząc tylko mnie, Larsa i Cliffa, który siedział na schodach i palił papierosa, zapytał:
-A co tu tak pusto?
-No, dopiero zaczynamy!- zawołał Ulrich, otwierając pierwszą butelkę wódki.
  Minęły ze trzy godziny, a Jamesa wciąż nie było. Jak wybył po Norrie, tak zniknął. A zresztą...kto go wie, czy naprawdę polazł po El? Pewnie się po drodze zgubił, albo zahaczył o kolejny komisariat- ta historia nigdy mi się nie znudzi. 
Wydaje mi się, że Het tym razem poważnie podszedł do wyznaczonego przez samego siebie zadania. W końcu to przyjęcie jest w ramach przeprosin. Raczej nie szwenda się po posterunkach ani domach rozkoszy, o których mówił własnie komuś Duńczyk.
-Gdzie ten idiota polazł?- burknął Lars, zerując wódkę. Kurwa. Jak tak dalej pójdzie to alkohol się skończy zanim ta impreza naprawdę się zacznie. 

 Ktoś zadzwonił do drzwi. Podszedłem z nikłą nadzieją, że może to James wrócił. 
-No wreszcie, James!-wrzasnąłem, otwierając drzwi. 
To nie był Het. Nie, kurwa, skąd. Do środka wpadli Venom. 
-Siema, Kirk!- przywitał się Archer. Zauważyłem, że ma w kieszeni niebieską farbę w sprayu.
-Cześć. Po co Ci ta farba?
-Zobaczysz.-uśmiechnął się tajemniczo. Posłałem mu zdziwione spojrzenie. Już miałem usiąść z powrotem na kanapie, kiedy znowu słychać było lekkie stukanie w ledwie trzymające się w zawiasach drzwi. Zmęczony i znudzony chodzeniem co chwila do wejścia, i tak musiałem otworzyć. Każdy był zbyt zajęty dobrą zabawą, żeby przejąć się brakiem solenizantki.
 Otworzyłem drzwi. Tak, to był James i Eleonore. 
-Wszystkiego najlepszego!-wypaliłem w stronę dziewczyny. Podziękowała mi i weszła do środka. Panowie od razu podnieśli się do pionu i zaczęli wiwatować.
 Wszyscy stanęli w kółku z kieliszkami z wódką w dłoniach, tworząc wokół Eleonore zamknięty krąg.
 Zaczęło się od standardowego "Sto lat", ale...

-Sto lat to za mało, sto lat to za mało,  jeszcze dwieście by się chciało!-zawył  jeszcze zupełnie trzeźwy Cronos, a za nim cała kompania Venom i Anthrax.
- A na stole czysta, a na stole czysta, niech nam żyje całe trzysta!-krzyknął Scott. Eleonore stała w środku, z szeroko otwartymi oczami i uśmiechem, ale to nie był jeszcze koniec tej śpiewki.
-Trzysta nieparzysta, trzysta nieparzysta, niech nam żyje lat czterysta!- wrzasnął James, rozlewając swoją zawartość kieliszka. Do koła wślizgnął się Abaddon. Właściwie...to gdzie on był wcześniej?
-Latają szynszyle, latają szynszyle, niech nam żyje chuj wie ile! Latają szynszyle, latają szynszyle, niech nam żyje chuj wie ile!-tak oto zakończył się pierwszy toast. Wypiliśmy za zdrowie dziewczyny i ktoś puścił muzykę. Zaczęło się!

 Lała się wódka. Na szczęście cały czas była w zapasie! Jednak napotkaliśmy niezły problem z browarami. Nie minęły dwie godziny jak kolejka do kibla była spora. Znaczy...teoretycznie facet może odlewać się gdzie chce, co nie? 
 Kierując się tym tokiem myślenia, wyszedłem na taras i rozpinając rozporek chciałem wyjąć mojego przyjaciela. Nagle zauważyłem Archera  i Mantasa, którzy, stojąc po dwóch stronach pod balkonikiem, potrząsając puszkami z farbą w sprayu położyli palce na ustach, po czym pokazali na górę. Podniosłem głowę. Na niski balkonik właśnie wchodził Lars z zamiarem odlania się. Cofnąłem się pod wiatę budynku, żeby mnie nie zauważył. Spojrzałem na chłopaków z Venom i dostrzegłem uśmieszki na ich ustach.
 Lars jakby nigdy nic zaczął szczać przez balkonik. W tym momencie zarówno Archer, jak i Mantas błyskawicznie przełożyli ręce przez pręty i spryskali perkusiście fujarkę.*
-JASNA KURWA!-wrzasnął Duńczyk. Chłopaki zaczęli się szaleńczo śmiać. Ulrich oparł się o balkonik, po czym zbladł i przewalił się przez niego, lądując między nami... z nadal wystawionym siusiakiem.
-Ej, on serio ma małego.-mruknął Clive, przyglądając się, obecnie niebieskiemu kutasowi Larsa-Kurwa!- wrzasnął, kiedy Dunn przyparł mu twarz jak najbliżej.-Pojebało Cię?
-Ty, a on powinien tak zemdleć?- zapytałem, patrząc na obecnie nieświadomego zaistniałej sytuacji perkusistę.
-E tam- mruknął Jeffrey- Nic mu nie będzie- Faktycznie. Tak naprawdę nic mu później nie było. Tylko przez jakiś czas miał niebieskiego chuja.*
 Gdy w końcu się odlałem, zostawiwszy Larsa samego sobie, wróciłem na imprezę. Kolejka do kibla już się zmniejszyła. Grała głośna muzyka, a po podłodze walały się puste butelki, szkło i resztki jedzenia. 
 Eleonore właśnie tańczyła ze Scottem. Zbereźnik próbował ciągle zjechać rękami nieco niżej niż plecy. Kawałek dalej, w kącie Mantas i Archer jakby nigdy nic grali w rozbieranego pokera z dwoma dziwkami (skąd one się tu wzięły?!), a jakaś laska i Benante tańczyli ze sobą. Dostrzegłem siedzącego na schodach Cliffa. Znowu palił papierosa.
-Gdzie James?- zapytałem, nagle zauważając że go tu nie ma.
-Poszedł po tort- mruknął Cliff i ruszył w stronę Cronosa, który obecnie zajmował się muzyką.
 Nagle wszystko ucichło. Do środka wkroczył James z ogromnym tortem z wybuchowymi świeczkami.
-Sto lat, Elenore!- zawołał i postawił przed nią tort. -Pomyśl życzenie! - dziewczyna uśmiechnęła się i pochyliła, by zdmuchnąć normalne świeczki, kiedy wpadł Abaddon z balonami, wypeł...nie, z kondomami wypełnionymi...czymś białym. Wszyscy, łącznie z El patrzeli się na niego jak na idiotę.
-Pomyśl życzenie i je pozbijam!- zawołał radośnie, chwiejąc się na nogach.
  Myślałem że zaraz ktoś mu coś powie, albo przywali. Ale nie. Norrie uśmiechnęła się słodko i zdmuchnęła świeczki.
-Na szczęście!- krzyknął Tony i zaczął zbijać prezerwatywy. 
-Fontanna z balonów!- ucieszył się każdy, kto zdążył się nabzdryngolić.
Nie muszę chyba mówić, że zawartość rozprysnęła się po całym pomieszczeniu. Dobrze, że zawczasu wynieśliśmy stąd nasze instrumenty. 
-Ej!- wrzasnął oskarżycielsko Mantas-Ty chory pojebie! Ty, jakżeś to zrobił? Przecież najpierw musiałeś się do tego spuścić, a potem...-za szybko mówił i zakrztusił się. Dokończył za niego Cronos:
-Ty jesteś kurwa pojebany! Dmuchałeś zużyte kondomy?!
-Stary...-Scott chwycił mnie za ramię i oderwał od tego cyrku. Spojrzałem na niego z zapytaniem w oczach.-Kibel  jest zajęty.
-No to idź szczać na dwór.- mruknąłem wzruszając ramionami i już chciałem się odwrócić z powrotem, kiedy powiedział:
-No byłem. Na balkoniku.
-I co?-zapytałem, przypominając sobie o...
-Stary. Ja się kurwa zeszczałem na Larsa.- wyjaśnił mi Ian.
__________________________________________





* inspirowane autobiografią O. Osbournea "Ja, Ozzy"
** Tekst oznaczony innym kolorem wyszedł spod pióra Joanne Isbell >>klik<<

!UWAGA! UWAGA! UWAGA! UWAGA! UWAGA!

 Tradycyjnie chciałam zaznaczyć, że przyjemność i zabawę z lektury mogą odebrać wam rozliczne błędy. Tak jak napisałam, tak wstawiam nieświadoma pełnej zawartości rozdziału. Przeczytałam kilkakrotnie część stworzoną przez Joanne, ale na swój tekst nie rzuciłam okiem. To tyle, (nie)miłego czytania :)