niedziela, 18 lutego 2018

XXVIII

__________________________________________

HOPE
__________________________________________


24.05.1983, Los Angeles

 Spojrzałam jeszcze raz na zdjęcie z USG. Przypatrywałam się z przymrużonymi oczami, ale nie potrafiłam nic dostrzec. Nie wiedziałam, czego powinnam się dopatrywać. Ta biała kropka może być wszystkim. Zapaleniem wyrostka, guzem, bakterią, pasożytem. To może znaczyć cokolwiek. Niezależnie od choroby, objawy zawsze się sprawdzają. Chciałabym, żeby było tak i teraz. 
 Co ja mam z tym świstkiem papieru zrobić? Podrzeć, a może zachować? Jednak najważniejsze pytanie brzmi... komu powinnam o tym powiedzieć? 
__________________________________________

RANDI
__________________________________________

 August pozwolił mi skorzystać z telefonu. Chciałam zadzwonić do chłopaków, porozmawiać. Oczywiście ze wszystkimi. Nie mam nikogo konkretnego na myśli. Takie założenie byłoby niekulturalne i świadczyłoby o braku empatii. Nieważne.
 Wzięłam głęboki wdech. Zamiast wypuścić powietrze z płuc, automatycznie wstrzymałam oddech, gdy tylko w słuchawce usłyszałam sygnał. Prawdopodobnie trwało to kilka sekund, ale czułam się, jakbym czekała wieczność.
-Halo?- odetchnęłam z ulgą...bardzo dużą ulgą, gdy usłyszałam głos Kirka w słuchawce telefonu. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem. Możliwe, że na moich policzkach pojawiły się również dwa płomienne rumieńce. 
-Haloo?- Kirk ponowił pytanie. W jego głosie słychać było nutę irytacji, spowodowaną wyczekiwaniem na głos z drugiej strony.
-C-cześć, Kirk... tu Randi- starałam się brzmieć naturalnie. Moje serce jednak odmawiało posłuszeństwa i waliło niemiłosiernie na myśl, że mogłabym teraz romawiać z kim innym. 
-Czemu dzwonisz?- zapytał, najwyraźniej zdumiony. 
-To aż tak niezwykłe, że chcę wiedzieć, co u was słychać? Szczególnie, że James od kilku dni nie raguje na kontakt ze stroy Yvonne.
-To nie tak, że nie reaguje...ostatnio był...bardzo zajęty?- Kirk coś ukrywał. Jednakże w tamtej chwili nie miałam głowy, żeby zamartwiać się sprawami innych ludzi. 
-Nieważne- odparłam zbyt chłodno- Jak wam idą nagrania?- poprawiłam swój ton głosu. Od razu stałam się radośniejsza, skupiając się na tak błahym dla mnie temacie.
- Bardzo dobrze. Powoli już kończymy. Mam nadzieję, że w ciągu kilku dni wrócimy do domu, ale...
-... ale?
-No... Norrie miała ostatnio urodziny, więc trochę zabalowaliśmy.
-Ach tak... co u niej? Dobrze się z wami bawi?
- To akruat jest bardzo skomplikowane...myślę, że będzie lepiej, jesli niektóre rzeczy zachowam dla siebie. W porządku?
-Tak, tak... no... to...nie będę już zajmować więcej Twojego czasu. Cz...
-Poczekaj!- krzyknął, żeby uniemożliwić mi rozłączenie się
- Ktoś by chciał z Tobą pogadać- nastała głucha cisza, na której przerwanie nie musiałam czekać długo.

-Witaj, Kwiatuszku- usłyszałam głos Burtona. Mimowolnie rozdziawiłam usta, a serce podskoczyło mi do gardła. Cliff zapewne czekał, aż się z nim przywitam, ale nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć. Zwyczajne ''cześć'' byłoby zbyt banalne. Powinnam była wydukać przeprosiny, najlepiej przy pomocy wzniosłych słów. Każda ważna myśl powinna mieć piękną oprawę.- To nie przypadek, że dzwonisz. 
-J-j...- pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, żeby każda cząstka mnie odmówiła mi posłuszeństwa. To szaleństwo... albo żałosna postawa. 
- Nic nie mów. Chciałem Ci tylko powiedzieć, że kiedy się cze­goś prag­nie, wtedy cały wszechświat sprzy­sięga się, byśmy mog­li spełnić nasze marzenie* 
- N-nie...ro...
- A od czekania dusza rdzewieje**. Nie zapominaj o tym, Ran.- po tym zdaniu pospiesznie odłożyłam słuchawkę tam, gdzie było jej miejsce.
 Co mi się stało? To gorączka? A może zbyt długo siedziałam na słońcu? Tak czy inaczej, to wszystko zwyczajna fantazja. Może, gdy zaparzę herbaty z ostrokrzewu, to lepiej się poczuję. 

__________________________________________

HOPE

__________________________________________

 Po powrocie do domu, przebrałam się w luźny dres, do którego zresztą powinnam się powoli przyzwyczajać. Zrobiłam sobie mocnej kawy, gdyż mocne alkohole niestety nie wchodziły w grę. Na razie. 
 Spojrzałam na zegarek. Dochodziła piętnasta. Niebawem Yvonne wróci ze szkoły. Co prawda jest środek tygodnia, ale... potrzebuję trochę luzu. Zabawy. Może skoczę do Rainbow albo Whiskey? Na pewno spotkam kogoś, kto zajmie czymś moje myśli. A może...
 Sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu karteczki, której mimo zamiaru, nie wyrzuciłam. Po chwili poszukiwań, na dnie torby znalazłam zmiętą kulkę. Po wyprostowaniu papieru moim oczom znowu ukazał się napis Motley Crue. Tak. To na pewno będzie nie najgorsza impreza. 
 Zapomniałam o kawie, która pewnie już od dłuższego czasu była zimna. Czym prędzej pobiegłam do swojego pokoju, żeby doprowadzić się do porządku. Muszę korzystać z mojej figury, póki jeszcze mogę.


*

 Nie spieszyłam się. Przygotowania rozpoczęłam gorącą kąpielą z dużą ilością przepięknie pachnącej piany. Po wytarciu się do sucha, musiałam potraktować moje ciało balsamem, a następnie wysuszyć włosy. Po wykonaniu podstawowych czynności przeszłam do wykonania makijażu. Delikatnie musnęłam policzki różem. Oczy jedynie podkreśliłam czarną kreską, a rzęsy wytuszowałam. Usta musnęłam matową szminką w kolorze wina, dzięki czemu wydały się jeszcze większe...o ile to w ogóle możliwe. 
 Nad ubiorem nie zastanawiałam się zbyt długo. Włożyłam małą czarną, a do niej zamszowe kozaki, sięgające do połowy uda. Na ramiona zarzuciłam czerwoną ramoneskę. Zadowolona z efektu wzięłam kluczyki od auta i wyszłam z domu, nie zastanawiając się nawet nad burdelem, jaki w międzyczasie zrobiłam.
 Och, to będzie świetny wieczór...
__________________________________________

RANDI
__________________________________________

 Pięciokrotnie zapukałam do drzwi wejściowych, ale nikt nie odpowiadał. Pociągnęłam za klamkę, która bez problemu ustąpiła. Dziwne. Gdyby któraś z dziewczyn była w domu, nie zastałaby mnie głucha cisza.
 Delikatnie uchyliłam drzwi, cicho wchodząc do środka. Wokół było...pusto. Czyżby tak się spieszyły, że zostawiły drzwi otwarte? Niemożliwe... to do nich niepodobne. Tak mi się przynajmniej wydaje. W końcu każdy mówi, że to ja jestem najbardziej ''oderwana'' od ziemi. Cokolwiek to znaczy. Nie zmienia to faktu, że to stwierdzenie bardzo mi przypadło do gustu. Jest lekkie, zwiewne... takie jak ja. 
­-Randi!- zza ściany wyłoniła się Yvonne...w samej bieliźnie. Dzień jak co dzień.
- Właśnie się przebierałam i tak mi się zdawało, że ktoś pukał.

-Zgadza się- odparłam promiennie.
-Ale wiesz, że przy drzwiach jest też dzwonek?- przewróciłam oczami. Nie zwracając uwagi na przyjaciółkę skierowałam się w stronę kuchni.
-Lepiej nalej mi soku- Yv poczłapała za mną. Otworzyła lodówkę, w której zlokalizowała sok pomarańczowy. Ja w tym czasie usiadłam na stołku przy blacie. Był biały, z marmuru i coś na nim leżało. Mimo, że ciekawość nie jest dobrą cechą, automatycznie chwyciłam czarny kawałek papieru- zwyczajny odruch ludzki. To nie ma nic wspólnego z moją osobowością, która nie jest w żaden sposób zaburzona tak absurdalnymi odczuciami... przynajmniej staram się je odrzucać.
-Yvonee...
-Tak?
-Czy to Twoje?- podałam przyjaciółce zdjęcie z USG, które przedstawiało zawartość kobiecego brzucha. Na odwrocie widniał napis ''5-7 tydzień''. 
-H-hope...- brunetka zrobiła zdumione spojrzenie. Chyba nie spodziewała się takiej niespodzianki... z resztą...jaka to niespodzianka? Prędzej czy później ta przypadłość dopadnie i nas. Biorąc pod uwagę tryb życia każdej z nas, ta wiadomość nijak mnie dziwi

-Ciekawe, jak na tę nowinę zareagowała?- na to pytanie nie uzyskałam odpowiedzi. Yvonne nalała mi i sobie soku, który obie wypiłyśmy duszkiem.
__________________________________________

* P. Coelho Alchemik
** Carlos Ruíz Zafón

   

Dzień dobry! Pierwszy rozdział po nastu miesiącach w końcu się pojawił! Jako mój pierwszy tekst po takiej przerwie, rozdział ten jest minimalistyczny- dużo krótszy niż zazwyczaj. Akcja może i nie porywa, ale chciałam trochę zmienić niektóre rzeczy w historii zaplanowanej z góry, dlatego też uprzedzam, że w kolejnych rozdziałach opowiadanie może nabrać tempa, nieco przyspieszy.
Miłego czytania :) Mam nadzieję, że zostawicie w komentarzach słowo po sobie! 

piątek, 2 lutego 2018

Świt martwych bloggerów

Po ok. 14 miesiącach zawieszenia, zapomnienia i wielu innych spraw natknęłam się w folderze na nigdy nie opublikowany, XXVIII rozdział. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy to może dobry czas, żeby tutaj wrócić? Dokończyć tę historię? Dalej pisać i publikować? Najważniejsze pytanie jednak brzmi, czy ktoś jeszcze w blogosferze żyje?