poniedziałek, 1 kwietnia 2019

XXIX

__________________________________________
KIRK
__________________________________________
25. 05. 1983, Nowy Jork


-Chłopaki, mam dla was dobrą wiadomość- Zazula odwiedził nas podczas próby przed nagraniem kolejnego utworu . Mieliśmy farta, że tym razem byli na niej wszyscy, a nie tylko ja z James i od czasu do czasu pijany Lars. Duńczyk ciągle marudził, że brakuje mu Sienny i jej waginy, a Cliff...nie wiadomo gdzie znikał. Jedynie Eleonore wykazywała się cierpliwością i zrozumieniem. Muszę przyznać, że była dla nas wsparciem podczas tych ostatnich tygodni.
-Mamy już prawie cały materiał. Wystarczy, że dokończycie ostatni numer i możecie wracać do domu- James znieruchomiał. Widać, że mocno go zdziwiła, ale też ucieszyła ta wiadomość. Będzie mógł zobaczyć się z Yvonne. Ostatnio kiepsko się dogadują. Moim zdaniem to przez tajemniczość Heta. Powinien powiedzieć dziewczynie, że spędził jedną noc w areszcie, a nie szukał wymówek, które doprowadzą do tego, że dziewczyna będzie święcie przekonana o tym, że chłopak ją zdradza.
-Mamy...całą płytę?- zapytał Het, z dużym niedowierzaniem w głosie.
-Prawie. Do kiedy skończycie?
-Em... do piątku się wyrobimy- wtrąciłem. Nie byłem taki pewien, czy nam się to uda, ale wiem, że Jamesowi zależy na tym, żeby pójść na studniówkę Yvonne. Nie mogę pozwolić, żeby związek mojego kumpla się rozpadł. Wystarczy, że on o to zadbał.
__________________________________________
YVONNE
__________________________________________
Los Angeles

Hope wróciła do domu o 6 rano. Postanowiłam cierpliwie zaczekać, aż dziewczyna się wyśpi. W tym czasie ogarnęłam burdel, który narobiłam podczas pobytu u niej. Dopiero zostając tutaj sama i rozmyślając o tym USG uświadomiłam sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, jestem straszną współlokatorką, a po drugie... polubiłam Hope. Nie mam pojęcia kiedy to się stało i jak to się stało, ale z nienawiści doszłam do punktu w którym chcę, żeby mogła ze mną porozmawiać, tak jak robi to Randi. Nie wiem... to wszystko jest pogmatwane. Jak całe ostatnie pieprzone dwa lata.

Minęły dwie godziny, w czasie których zdążyłam posprzątać oraz zdrzemnąć się na kanapie. Przeciągnęłam się, ziewnęłam. Włożyłam stopy w cieplutkie kapcie i pomaszerowałam do kuchni. Spojrzałam na zegarek, wiszący na ścianie. O cholera! Szkoła! Niech to szlag! Jestem spóźniona!
W pośpiechu pobiegłam po schodach do pokoju, omal się nie zabijając. Zarzuciłam na siebie czarny t-shirt, wciągnęłam krótkie spodenki. Złapałam plecak i pobiegłam do drzwi. Teraz pozostało mi tylko biec i się modlić, że zastanę na przystanku autobus. Rozmowę z Hope muszę odłożyć na wieczór...o ile pojawi się dzisiaj jeszcze w domu.
__________________________________________

KIRK
__________________________________________

Po kilku godzinach nagrywania ledwie jednego kawałka, postanowiliśmy uczcić dobrą nowinę i pójść gdzieś na obiad. Wybraliśmy pobliską burgerownię, która skusiła nas zapachem smażonej wołowiny. Usiedliśmy przy stole w kącie, czekając, aż obsługa się nami zainteresuje.
- Chłopaki, udało nam się!- Lars walnął pięścią w stół i wyszczerzył zęby z zadowolenia- Jak myślicie? Ktoś to kupi?
- Co kupi?- zapytałem, niespecjalnie zainteresowany rozmową. Szukałem wzrokiem jakiejś kelnerki. W moim brzuchu coraz bardziej burczało.
-Kirk, weź się nie zgrywaj- Ulrich szturchnął mnie w ramię. Ała! Wiedziałem, że siedzenie obok niego to bardzo zły pomysł.- Zastanawiam się czy nasza,no, płyta. Sprzeda się?
-Tobie w głowie tylko pieniądze- prychnąłem z udawaną pogardą. Nie liczę na wysokie tantiemy. To jest zabawa. Start. Kariera przyjdzie z czasem, jeśli w ogóle.
-Nie tylko- odparł naburmuszony
-To co jeszcze?
-No… wódka i dziwki- zaśmiał się z własnego żartu. James i Cliff mu zawtórowali. Jedynie Eleonore siedziała smutna. Od rana nie odezwała się ani słowem.
- Lars… zostawmy kwestię gotówki. Liczy się ta płyta. Nie korzyści- odparł, jak zwykle filozoficznie Burton.
-Nie pierdol, Cliff. Ja za darmo nie będę oddawać tego, co robimy
-Lars… Nie chodzi o pieniądze. Nie chodzi o płytę.. Muzyka. Muzyka wyzwoli nasze dusze- wszyscy spojrzeli się na  naszego basistę, jakby był niespełna rozumu. Ja również.
Po chwili Lars się zaśmiał. Bardzo głośno. James poszedł w jego ślady. Nawet Eleonore musiała się choć trochę rozpogodzić.
-Staryyyyy, ile ty żeś dzisiaj zjarał?
- Trzy blanty...przed śniadaniem- na sali znowu rozbrzmiała salwa nieopanowanego śmiechu. Nowy Jork jest ciekawy, ale i tak… nie mogę się doczekać, aż wrócę do domu. Do Los Angeles, miasta aniołów, które nigdy nie śpi.
__________________________________________


Good morning! Good morning!
Dobry wieczór. Cześć i czołem.
PAMH możliwe, że powróci do życia. Tego jeszcze nie wiem. Wszystko zależy od chęci i wolnego czasu. Dzisiaj miałam go chwilę, więc postanowiłam rozprostować palce. Witam was zaten z nowym, krótkim i spokojnym rozdziałem na rozgrzewkę. Jeśli będzie ciąg dalszy, mogę obiecać, że będzie gorąco!

piątek, 21 grudnia 2018

Halo?


Halo, blogosfero?

Ktoś czeka na (dawno zapomniany) rozdział?

Wrzucać, nie wrzucać?
___________________________________________


niedziela, 18 lutego 2018

XXVIII

__________________________________________

HOPE
__________________________________________


24.05.1983, Los Angeles

 Spojrzałam jeszcze raz na zdjęcie z USG. Przypatrywałam się z przymrużonymi oczami, ale nie potrafiłam nic dostrzec. Nie wiedziałam, czego powinnam się dopatrywać. Ta biała kropka może być wszystkim. Zapaleniem wyrostka, guzem, bakterią, pasożytem. To może znaczyć cokolwiek. Niezależnie od choroby, objawy zawsze się sprawdzają. Chciałabym, żeby było tak i teraz. 
 Co ja mam z tym świstkiem papieru zrobić? Podrzeć, a może zachować? Jednak najważniejsze pytanie brzmi... komu powinnam o tym powiedzieć? 
__________________________________________

RANDI
__________________________________________

 August pozwolił mi skorzystać z telefonu. Chciałam zadzwonić do chłopaków, porozmawiać. Oczywiście ze wszystkimi. Nie mam nikogo konkretnego na myśli. Takie założenie byłoby niekulturalne i świadczyłoby o braku empatii. Nieważne.
 Wzięłam głęboki wdech. Zamiast wypuścić powietrze z płuc, automatycznie wstrzymałam oddech, gdy tylko w słuchawce usłyszałam sygnał. Prawdopodobnie trwało to kilka sekund, ale czułam się, jakbym czekała wieczność.
-Halo?- odetchnęłam z ulgą...bardzo dużą ulgą, gdy usłyszałam głos Kirka w słuchawce telefonu. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem. Możliwe, że na moich policzkach pojawiły się również dwa płomienne rumieńce. 
-Haloo?- Kirk ponowił pytanie. W jego głosie słychać było nutę irytacji, spowodowaną wyczekiwaniem na głos z drugiej strony.
-C-cześć, Kirk... tu Randi- starałam się brzmieć naturalnie. Moje serce jednak odmawiało posłuszeństwa i waliło niemiłosiernie na myśl, że mogłabym teraz romawiać z kim innym. 
-Czemu dzwonisz?- zapytał, najwyraźniej zdumiony. 
-To aż tak niezwykłe, że chcę wiedzieć, co u was słychać? Szczególnie, że James od kilku dni nie raguje na kontakt ze stroy Yvonne.
-To nie tak, że nie reaguje...ostatnio był...bardzo zajęty?- Kirk coś ukrywał. Jednakże w tamtej chwili nie miałam głowy, żeby zamartwiać się sprawami innych ludzi. 
-Nieważne- odparłam zbyt chłodno- Jak wam idą nagrania?- poprawiłam swój ton głosu. Od razu stałam się radośniejsza, skupiając się na tak błahym dla mnie temacie.
- Bardzo dobrze. Powoli już kończymy. Mam nadzieję, że w ciągu kilku dni wrócimy do domu, ale...
-... ale?
-No... Norrie miała ostatnio urodziny, więc trochę zabalowaliśmy.
-Ach tak... co u niej? Dobrze się z wami bawi?
- To akruat jest bardzo skomplikowane...myślę, że będzie lepiej, jesli niektóre rzeczy zachowam dla siebie. W porządku?
-Tak, tak... no... to...nie będę już zajmować więcej Twojego czasu. Cz...
-Poczekaj!- krzyknął, żeby uniemożliwić mi rozłączenie się
- Ktoś by chciał z Tobą pogadać- nastała głucha cisza, na której przerwanie nie musiałam czekać długo.

-Witaj, Kwiatuszku- usłyszałam głos Burtona. Mimowolnie rozdziawiłam usta, a serce podskoczyło mi do gardła. Cliff zapewne czekał, aż się z nim przywitam, ale nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Nie wiedziałam, co mogłabym mu powiedzieć. Zwyczajne ''cześć'' byłoby zbyt banalne. Powinnam była wydukać przeprosiny, najlepiej przy pomocy wzniosłych słów. Każda ważna myśl powinna mieć piękną oprawę.- To nie przypadek, że dzwonisz. 
-J-j...- pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, żeby każda cząstka mnie odmówiła mi posłuszeństwa. To szaleństwo... albo żałosna postawa. 
- Nic nie mów. Chciałem Ci tylko powiedzieć, że kiedy się cze­goś prag­nie, wtedy cały wszechświat sprzy­sięga się, byśmy mog­li spełnić nasze marzenie* 
- N-nie...ro...
- A od czekania dusza rdzewieje**. Nie zapominaj o tym, Ran.- po tym zdaniu pospiesznie odłożyłam słuchawkę tam, gdzie było jej miejsce.
 Co mi się stało? To gorączka? A może zbyt długo siedziałam na słońcu? Tak czy inaczej, to wszystko zwyczajna fantazja. Może, gdy zaparzę herbaty z ostrokrzewu, to lepiej się poczuję. 

__________________________________________

HOPE

__________________________________________

 Po powrocie do domu, przebrałam się w luźny dres, do którego zresztą powinnam się powoli przyzwyczajać. Zrobiłam sobie mocnej kawy, gdyż mocne alkohole niestety nie wchodziły w grę. Na razie. 
 Spojrzałam na zegarek. Dochodziła piętnasta. Niebawem Yvonne wróci ze szkoły. Co prawda jest środek tygodnia, ale... potrzebuję trochę luzu. Zabawy. Może skoczę do Rainbow albo Whiskey? Na pewno spotkam kogoś, kto zajmie czymś moje myśli. A może...
 Sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu karteczki, której mimo zamiaru, nie wyrzuciłam. Po chwili poszukiwań, na dnie torby znalazłam zmiętą kulkę. Po wyprostowaniu papieru moim oczom znowu ukazał się napis Motley Crue. Tak. To na pewno będzie nie najgorsza impreza. 
 Zapomniałam o kawie, która pewnie już od dłuższego czasu była zimna. Czym prędzej pobiegłam do swojego pokoju, żeby doprowadzić się do porządku. Muszę korzystać z mojej figury, póki jeszcze mogę.


*

 Nie spieszyłam się. Przygotowania rozpoczęłam gorącą kąpielą z dużą ilością przepięknie pachnącej piany. Po wytarciu się do sucha, musiałam potraktować moje ciało balsamem, a następnie wysuszyć włosy. Po wykonaniu podstawowych czynności przeszłam do wykonania makijażu. Delikatnie musnęłam policzki różem. Oczy jedynie podkreśliłam czarną kreską, a rzęsy wytuszowałam. Usta musnęłam matową szminką w kolorze wina, dzięki czemu wydały się jeszcze większe...o ile to w ogóle możliwe. 
 Nad ubiorem nie zastanawiałam się zbyt długo. Włożyłam małą czarną, a do niej zamszowe kozaki, sięgające do połowy uda. Na ramiona zarzuciłam czerwoną ramoneskę. Zadowolona z efektu wzięłam kluczyki od auta i wyszłam z domu, nie zastanawiając się nawet nad burdelem, jaki w międzyczasie zrobiłam.
 Och, to będzie świetny wieczór...
__________________________________________

RANDI
__________________________________________

 Pięciokrotnie zapukałam do drzwi wejściowych, ale nikt nie odpowiadał. Pociągnęłam za klamkę, która bez problemu ustąpiła. Dziwne. Gdyby któraś z dziewczyn była w domu, nie zastałaby mnie głucha cisza.
 Delikatnie uchyliłam drzwi, cicho wchodząc do środka. Wokół było...pusto. Czyżby tak się spieszyły, że zostawiły drzwi otwarte? Niemożliwe... to do nich niepodobne. Tak mi się przynajmniej wydaje. W końcu każdy mówi, że to ja jestem najbardziej ''oderwana'' od ziemi. Cokolwiek to znaczy. Nie zmienia to faktu, że to stwierdzenie bardzo mi przypadło do gustu. Jest lekkie, zwiewne... takie jak ja. 
­-Randi!- zza ściany wyłoniła się Yvonne...w samej bieliźnie. Dzień jak co dzień.
- Właśnie się przebierałam i tak mi się zdawało, że ktoś pukał.

-Zgadza się- odparłam promiennie.
-Ale wiesz, że przy drzwiach jest też dzwonek?- przewróciłam oczami. Nie zwracając uwagi na przyjaciółkę skierowałam się w stronę kuchni.
-Lepiej nalej mi soku- Yv poczłapała za mną. Otworzyła lodówkę, w której zlokalizowała sok pomarańczowy. Ja w tym czasie usiadłam na stołku przy blacie. Był biały, z marmuru i coś na nim leżało. Mimo, że ciekawość nie jest dobrą cechą, automatycznie chwyciłam czarny kawałek papieru- zwyczajny odruch ludzki. To nie ma nic wspólnego z moją osobowością, która nie jest w żaden sposób zaburzona tak absurdalnymi odczuciami... przynajmniej staram się je odrzucać.
-Yvonee...
-Tak?
-Czy to Twoje?- podałam przyjaciółce zdjęcie z USG, które przedstawiało zawartość kobiecego brzucha. Na odwrocie widniał napis ''5-7 tydzień''. 
-H-hope...- brunetka zrobiła zdumione spojrzenie. Chyba nie spodziewała się takiej niespodzianki... z resztą...jaka to niespodzianka? Prędzej czy później ta przypadłość dopadnie i nas. Biorąc pod uwagę tryb życia każdej z nas, ta wiadomość nijak mnie dziwi

-Ciekawe, jak na tę nowinę zareagowała?- na to pytanie nie uzyskałam odpowiedzi. Yvonne nalała mi i sobie soku, który obie wypiłyśmy duszkiem.
__________________________________________

* P. Coelho Alchemik
** Carlos Ruíz Zafón

   

Dzień dobry! Pierwszy rozdział po nastu miesiącach w końcu się pojawił! Jako mój pierwszy tekst po takiej przerwie, rozdział ten jest minimalistyczny- dużo krótszy niż zazwyczaj. Akcja może i nie porywa, ale chciałam trochę zmienić niektóre rzeczy w historii zaplanowanej z góry, dlatego też uprzedzam, że w kolejnych rozdziałach opowiadanie może nabrać tempa, nieco przyspieszy.
Miłego czytania :) Mam nadzieję, że zostawicie w komentarzach słowo po sobie! 

piątek, 2 lutego 2018

Świt martwych bloggerów

Po ok. 14 miesiącach zawieszenia, zapomnienia i wielu innych spraw natknęłam się w folderze na nigdy nie opublikowany, XXVIII rozdział. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy to może dobry czas, żeby tutaj wrócić? Dokończyć tę historię? Dalej pisać i publikować? Najważniejsze pytanie jednak brzmi, czy ktoś jeszcze w blogosferze żyje?



niedziela, 20 listopada 2016

XXVII


 Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zamieszczać noty a la informacyjnej przed rozdziałem. Wszelkie (nie)potrzebne rzeczy zawsze piszę na samym końcu, ale kij z tym. Miło powrócić na stare śmieci, więc: Dzień dobry! 



 Na samym wstępie bardzo, ale to bardzo chciałabym podziękować Joanne, która- na moje szczęście- zgodziła się współtworzyć razem ze mną ten rozdział. Jej część tekstu jej zwieńczeniem, prawdziwą wisienką na torcie. Dlatego nie przedłużając, zapraszam do czytania i mam nadzieję, że do zobaczenia już niedługo!



Isbell, jeszcze raz dzięki! Masz te browce jak w banku! 
__________________________________________


KIRK
__________________________________________

19.05.1983, Nowy Jork

 Atmosfera między Eleonore a James'em nie była napięta, choć tego się spodziewałem. Przedostatniego wieczoru oboje wrócili z komisariatu ponurzy i milczący. Nie wiedziałem, czy dziewczyna Heta zbeształa, a może nie zamienili ani słowa? Po raz pierwszy sprawy innych w ogóle mnie nie interesowały i nie zamierzałem się w nie mieszać, a tym bardziej zostać wmieszany.
 Każdego ranka posłusznie chodziłem na nagrania, zazwyczaj poprzedzone próbami. Popołudniami jedliśmy wspólnie posiłki, które niezmiennie przygotowywała Norrie. Wieczorami kręciłem się wokół baru, w którym rzekomo pracowała Joanne. Nie zdobyłem się jeszcze na odwagę, żeby tam wejść. Byłoby bardzo niezręcznie widzieć tak pewną siebie dziewczynę tańczącą na rurze. Jedynie bym się speszył i możliwe, że zemdlał. A nawet Lars radzi sobie z kobietami. 
-Kirk, potrzbuję Twojej pomocy- poczułem pięść Heta na swoim ramieniu. 
-Nie- to dobry moment na poćwiczenie asertywności. Kobietom może nie umiem odmawiać, ale kumplowi dam radę.
-Ale to ważne i...w dobrym celu- oznajmił, dumnie wypinając pierś niczym super bohater z komiksów Marvela- nie możesz mi odmówić
-Odmawiam
-Nie bądź cipą!
-No właśnie próbuję nią nie być!- zgromiłem Jamesa wzrokiem.
 Zawsze, gdy mam chwilę spokoju, tylko dla siebie, podczas której mogę odpocząć, jakiś patafian przychodzi i burzy mi drzemkę. 

-Chodzi o Norrie. Cliff się już zgodził- niby od niechcenia wspomniał o zaangażowaniu Burtona w zapewne szalony projekt. 
 Chcąc pozbyć się natręta, koniec końców uległem- czyż to nie zabawne? Jestem bardzo łatwy...i to nie tylko po pijaku.
__________________________________________

YVONNE
 _________________________________________

Los Angeles

 Szybkim krokiem przepychałam się między dużą publicznością. Spod drzwi wejściowych Whiskey A Go Go dzieliła mnie cała sala do przejścia. Pomimo tłoku- co jest zadziwiające- w niedługim czasie dopchałam się do stolika zajmowanego przez King'a.
-Yvonne!- na mój widok żwawo się podniósł, po czym mocno mnie wyściskał, bez problemu odrywając mnie od podłoża. 
-Kerry!- nie próbowałam kryć uśmiechu, a tym bardziej nieopisanego zadowolenia, jakie wywołał we mnie widok twarzy przyjaciela. 
 Dawno się nie widzieliśmy. Kerry był zajęty prosperowaniem swojego zespołu, a ja skupiałam się jedynie na tornadzie, które cyklicznie przechodzi przez moje króciutkie życie. Bardzo się ucieszyłam, gdy zadzwonił i zaproponował wspólne wyjście. 
-Przyniosę Ci piwo, siedź i się stąd nie ruszaj- z szerokim uśmiechem ruszył przed siebie. Nie omieszkał ówcześnie potargać mnie po włosach. 
 Klub był załadowany po przegi, a nawet przeładowany. Wszyscy stali w strasznym ścisku, ale nikomu to chyba nie przeszkadzało. Przy samej scenie stały nastolatki wraz ze swoimi chłopakami, którzy robili za ścianę dla nieustannie nacierającego do przodu tłumu. Po środku kilku podlotków moshowało do muzyki lecącej z głośników, a reszta ucinała sobie pogawędki, naprzemiennie sącząc tanie piwo z plastikowych kubków. O dziwo, wszyscy mieli obszyte licznymi naszywkami katany oraz adidasy, które ostatnimi czasy były nieodłącznym elementem stroju fanów thrash metalu. 
 W ostatnich miesiącach zaczęła powstawać subkultura. Dzieciaki jak i całkowicie dorośli fani wyglądem przypominali mi chociażby Hetfielda. Większość nosiła półdługie lub długie włosy, koszulki z zespołami i inne rzeczy, które wskazywały na chęć zapoznawania się z muzyką thrash metalową i jej przyczynianie się do jej szerzenia. Moim zdaniem to dosyć fascynujące zjawisko. Szare myszki nabierają charakteru, asymilują się z resztą, a pewni siebie faceci są uznawani za liderów w stadach, które tworzą się na koncertach. 
-Trzymaj- Kerry powrócił z dwoma kuflami wypełnionymi złotym trunkiem. Jeszcze lekko zdyszana po drodze, upiłam łapczywie kilka łyków. W tym momencie nie było dla mnie nic bardziej kojącego niż zimne piwo. Gdyby tylko zaczęła grać muzyka, byłoby niemal że idealnie. 
-Kerry, co dzisiaj w ogóle gra?- za pamięci zapytałam kolegę o wykonawców. Widząc tak liczną publikę byłam pewna, że musi grać coś dobrego, ale nie na tyle znanego, żeby wstęp był darmowy. Pierwszy na myśl nasunął mi się zespół Dave'a. Jednak grali tutaj ostatnio, więc byłby to dziwny zbieg okoliczności.
-Megadeth. Tom mi mówił, że nieźle łoją. Słyszałaś o nich?- odruchowo chwyciłam ucho naczynia, po czym wylałam ponad połowę jego zawartości prosto do pobudzonego żołądka.
-Taaak, byłam ostatnio na ich koncercie- odpowiedziałam, a raczej wymruczałam od niechcenia.
-Rzeczywiście są tacy dobrzy?
-Mają power...w końcu to zespół Rudego- Kerry początkowo musiał wziąć moje słowa za żart, gdyż prychnął. Po dłużej chwili przyglądania się mi chyba zrozumiał, że mówię poważnie. Zauważyłam wyraźne zmieszanie na jego twarzy, ale nie skomentował tego. Wypił browar, po czym po prostu skwitował- Może będziemy mieć miazgę. 
__________________________________________

KIRK
_________________________________________

 Pół dnia lataliśmy po różnych sklepach. Musieliśmy kupić dużo wódki, trochę piwa i dwie butelki rumu, który jest ulubionym alkoholem Eleonore. 
 Norrie kończy dzisiaj  dwadzieścia dwa lata. James w ramach przeprosił stwierdził, że wyprawi jej przyjęcie urodzinowe. Każdy był jak najbardziej za tym, gdyż pijemy wyłącznie w swoim gronie, między sesjami w studiu.
 Podszedłem sceptycznie do tego pomysłu- wiadomo, jak ostatnio skończyło się poważne chlanie w barze-, ale dałem się przekonać. Każdy musi czasem się rozluźnić i 'wychillować', jak to ładnie określił Burton.

-Ej, a balony?!- krzyknął spanikowany Hetfield. Chodził po naszej obskurnej (albo jak kto woli- skromnej) sali prób w tę i z powrotem, trzymając się za głowę.
-Co?- rzucił Cliff wyrwany z zamyślenia. 
-No balony! Trzeba nadmuchać balony, ale gdzie one kurwa są?!
-Eeee...mam paczkę gumek- Lars próbował wyciągnąć kolegę z opresji. Blondyn jednak nie zważył na jego propozycję i krzątał się po całym pomieszczeniu. Po kilku minutach przetrząsania salki znalazł paczuszkę różnokolorowych balonów. 
-O której przyjdą goście?- zapytałem, aby przynajmniej spróbować rozluźnić James'a rozmową- rzadko kiedy chodzi taki zestresowany. 
-Jacy goście?- wytrzeszczył na mnie oczy?- To nikogo nie zaprosiliście?- wszyscy się po sobie spojrzeliśmy. Jedynie Cliff uśmiechnął się pod nosem.
-To Ty robisz tę bibę, kretynie!- wypalił Lars.
-Zaprosiłem chłopaków z Venom i Anthrax- uspokoił blondyna Burton, jedyny facet w naszym zespole, który nawet na haju trzyma rękę na pulsie. Bez niego byśmy zginęli już dawno. Bez dwóch zdań...a podobno to ja jestem straszną cipą. Pfff...
-A Eleonore? Nic nie podejrzewa?- postanowiłem zadać najważniejsze pytanie. Nie sądziłem, że Het i to mógłby spieprzyć. A jednak... kolor włosów mówi sam za siebie. Najwyraźniej nie tylko w przypadku kobiet. 
-Yyy...no...ja zaraz wrócę!- James chwycił kurtkę i wybiegł jak poparzony. Mam nadzieję, że nie ma zamiaru szukać Norrie po całym mieście. Ta dziewczyna o tej porze może być...wszędzie? 
__________________________________________

YVONNE
__________________________________________

 Megaśmiercionośnierudy zespół podczas drugiego koncertu, w którym uczestniczyłam, grali głównie covery. Znalazło się jednak kilka nowości. Wręcz perełek, które musiały być tworem Dave'a. Trzeźwego Dave'a. 
 Mustaine po pijaku tworzył dla Metalliki dużo muzyki. Nie obyło się bez pomocy Jamesa, który cierpliwie znosił napady agresji albo rozbawienia swojego rudego przyjaciela. Jednak jako duet zachowywali równowagę. Kryjąc swój uraz, ale także sentyment do Dave'a, muszę przyznać, że bez niego chłopaki w pewnym momencie na pewno stanęliby w martwym punkcie. On wniósł coś nowego do zespołu, a wraz ze swoim wymuszonym odejściem zostawił. Jednak tego wieczoru wraz z nowym zespołem zagrał kilka naprawdę świetnych kawałków. Soczyste i jednocześnie intrygujące riffy, do tego przemyślany tekst, który nie mógł wyjść spod pióra naćpanego nastolatka. Byłam pod dużym wrażeniem. Nie, żebym od razu się w nim na nowo zakochała, jak to bywa w glamowych teledyskach, ale... urzekło mnie to. 
-No, mają jaja chłopaki- spojrzałam na King'a, który komentował niedawno zakończony występ Megadeth. 
-To prawda-grzecznie zgodziłam się z przyjacielem. 
-Nie wiem, czy nie mają szansy zrobić lepszej roboty niż Metallika... bez obrazy dla Twojego brata i chłopaka- wzniósł dłonie w obronnym geście, na co się jedynie zaśmiałam.
-Oh, Kerry. Jesteś głupi.
-Ale pozytywnie głupi. Musisz przyznać, że nie znasz bardziej radosnego gościa niż ja- przyjrzałam się uważnie jego potężnej posturze, która komicznie komponowała się z niezbyt powalającym wzrostem i burzą włosów okalających pełną twarz. Spod grzywki patrzyły na mnie duże, roześmiane oczy. Tak. Musiałam przyznać, że jest najbardziej pozytywną postacią w moim życiu- zaraz po Randi, oczywiście. 
-Eh...to może teraz ja pójdę po piwo?- zaproponowałam w ramach rozejmu, żeby nie utwierdzać go głośno w przekonaniu o jego wspaniałości.
-O nie, nie, moja droga. Teraz idziemy na backstage.
-Po co?- zdziwiona przekrzywiłam głowę na bok.
-Chcę przywitać się z Rudym. Dawno go nie widziałem- zanim zdążyłam zaprotestować, ujął mój nadgarstek. Nawet nie próbowałam się wyrywać, bo po co? Już raz widziałam się z Dave'em i przeżyłam. Rozmyślałam też o sojuszu między nim a Hetem, więc czemu miałabym zacząć palić most? Może dobrze spróbować się porozumieć? Odświeżyć znajomość? Zaprzyjaźnić się? Kto wie. Może Metallica z Megadeth jeszcze stworzą razem fajny projekt? Czemu więc nie miałabym być prowodyrką tego, co się wydarzy. 
-Kerry!- tak się zamyśliłam, że nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie sceny. Panowie od razu wpadli sobie w objęcia i zaczęli wzajemnie wychwalać swoje nowe gitarowe riffy. To trochę dziwne. Nie sądziłam, że Dave będzie w stanie kogoś...podziwiać? Komuś schlebiać? Yyyy...strasznie dziwne uczucie.
-Witaj, Yvonne- Rudy cmoknął mnie w policzek. Nie wiem czemu, ale lekko się speszyłam. Jego maniery...niecodzienny widok. Tak naprawdę...nie był tak potulny ani razu odkąd go poznałam. To trochę smutne, że poleciałam na kutasa, którym jest- a może był? 
-Cześć, Dave- nie bardzo wiedząc co zrobić, poklepałam go po ramieniu. 
-Co słychać?
-Wszystko w porządku. Ostatnio skończyła się sesja z egzaminami. Teraz wyczekuję wyników i...
-...balu maturalnego?- wszedł mi w pół zdania. Przekręciłam głowę na bok, lekko zdumiona- nie dziw się tak. Może zawsze byłem naćpany, ale słuchałem tego co mówiłaś. A temat balu maturalnego przewijał się od miesięcy- szeroko się uśmiechnął. Nie pozostając dłużna, na mojej burzy również pojawił się szeroki banan. 
-Nie wiem czy pójdę.
-Czemu?
-James jest w Nowym Jorku, więc nie wiem czy zdąży. Kerry tego dnia ma koncert, więc nawet nie mogę go prosić o towarzystwo.
-Ja z Tobą pójdę...jeśli nie znajdziesz lepszej partii. 
-Serio?- to była niezwykle nietypowa sytuacja. Były chłopak zapraszał mnie na mój własny bal maturalny.
 Nie wiedziałam jak zareagować. Z jednej strony bałam się zgodzić, ale z drugiej...był dobrym tancerzem. Jeśli zdołałby do tego czasu pozostać w optymalnej trzeźwości, to może moglibyśmy się razem dobrze bawić? Jako przyjaciele?


__________________________________________


KIRK
__________________________________________

 Rozległo się pukanie do drzwi. Powlokłem się do wejścia, żeby wpuścić przybyszy, ale nie zdążyłem tego zrobić. Rozległ się niezły huk i słychać było rozwalający się zamek, gdyż ktoś w nie kopnął. Tym kimś był Scott Ian i jego ekipa. Nasi kumple, którzy zajmują salkę piętro wyżej, centralnie nad nami.
-WIIITAAAAAAAAAAAAJCIE, KURWA!- Scott wrzasnął na powitanie i bez niczego wszedł do środka. Rozejrzał się, a widząc tylko mnie, Larsa i Cliffa, który siedział na schodach i palił papierosa, zapytał:
-A co tu tak pusto?
-No, dopiero zaczynamy!- zawołał Ulrich, otwierając pierwszą butelkę wódki.
  Minęły ze trzy godziny, a Jamesa wciąż nie było. Jak wybył po Norrie, tak zniknął. A zresztą...kto go wie, czy naprawdę polazł po El? Pewnie się po drodze zgubił, albo zahaczył o kolejny komisariat- ta historia nigdy mi się nie znudzi. 
Wydaje mi się, że Het tym razem poważnie podszedł do wyznaczonego przez samego siebie zadania. W końcu to przyjęcie jest w ramach przeprosin. Raczej nie szwenda się po posterunkach ani domach rozkoszy, o których mówił własnie komuś Duńczyk.
-Gdzie ten idiota polazł?- burknął Lars, zerując wódkę. Kurwa. Jak tak dalej pójdzie to alkohol się skończy zanim ta impreza naprawdę się zacznie. 

 Ktoś zadzwonił do drzwi. Podszedłem z nikłą nadzieją, że może to James wrócił. 
-No wreszcie, James!-wrzasnąłem, otwierając drzwi. 
To nie był Het. Nie, kurwa, skąd. Do środka wpadli Venom. 
-Siema, Kirk!- przywitał się Archer. Zauważyłem, że ma w kieszeni niebieską farbę w sprayu.
-Cześć. Po co Ci ta farba?
-Zobaczysz.-uśmiechnął się tajemniczo. Posłałem mu zdziwione spojrzenie. Już miałem usiąść z powrotem na kanapie, kiedy znowu słychać było lekkie stukanie w ledwie trzymające się w zawiasach drzwi. Zmęczony i znudzony chodzeniem co chwila do wejścia, i tak musiałem otworzyć. Każdy był zbyt zajęty dobrą zabawą, żeby przejąć się brakiem solenizantki.
 Otworzyłem drzwi. Tak, to był James i Eleonore. 
-Wszystkiego najlepszego!-wypaliłem w stronę dziewczyny. Podziękowała mi i weszła do środka. Panowie od razu podnieśli się do pionu i zaczęli wiwatować.
 Wszyscy stanęli w kółku z kieliszkami z wódką w dłoniach, tworząc wokół Eleonore zamknięty krąg.
 Zaczęło się od standardowego "Sto lat", ale...

-Sto lat to za mało, sto lat to za mało,  jeszcze dwieście by się chciało!-zawył  jeszcze zupełnie trzeźwy Cronos, a za nim cała kompania Venom i Anthrax.
- A na stole czysta, a na stole czysta, niech nam żyje całe trzysta!-krzyknął Scott. Eleonore stała w środku, z szeroko otwartymi oczami i uśmiechem, ale to nie był jeszcze koniec tej śpiewki.
-Trzysta nieparzysta, trzysta nieparzysta, niech nam żyje lat czterysta!- wrzasnął James, rozlewając swoją zawartość kieliszka. Do koła wślizgnął się Abaddon. Właściwie...to gdzie on był wcześniej?
-Latają szynszyle, latają szynszyle, niech nam żyje chuj wie ile! Latają szynszyle, latają szynszyle, niech nam żyje chuj wie ile!-tak oto zakończył się pierwszy toast. Wypiliśmy za zdrowie dziewczyny i ktoś puścił muzykę. Zaczęło się!

 Lała się wódka. Na szczęście cały czas była w zapasie! Jednak napotkaliśmy niezły problem z browarami. Nie minęły dwie godziny jak kolejka do kibla była spora. Znaczy...teoretycznie facet może odlewać się gdzie chce, co nie? 
 Kierując się tym tokiem myślenia, wyszedłem na taras i rozpinając rozporek chciałem wyjąć mojego przyjaciela. Nagle zauważyłem Archera  i Mantasa, którzy, stojąc po dwóch stronach pod balkonikiem, potrząsając puszkami z farbą w sprayu położyli palce na ustach, po czym pokazali na górę. Podniosłem głowę. Na niski balkonik właśnie wchodził Lars z zamiarem odlania się. Cofnąłem się pod wiatę budynku, żeby mnie nie zauważył. Spojrzałem na chłopaków z Venom i dostrzegłem uśmieszki na ich ustach.
 Lars jakby nigdy nic zaczął szczać przez balkonik. W tym momencie zarówno Archer, jak i Mantas błyskawicznie przełożyli ręce przez pręty i spryskali perkusiście fujarkę.*
-JASNA KURWA!-wrzasnął Duńczyk. Chłopaki zaczęli się szaleńczo śmiać. Ulrich oparł się o balkonik, po czym zbladł i przewalił się przez niego, lądując między nami... z nadal wystawionym siusiakiem.
-Ej, on serio ma małego.-mruknął Clive, przyglądając się, obecnie niebieskiemu kutasowi Larsa-Kurwa!- wrzasnął, kiedy Dunn przyparł mu twarz jak najbliżej.-Pojebało Cię?
-Ty, a on powinien tak zemdleć?- zapytałem, patrząc na obecnie nieświadomego zaistniałej sytuacji perkusistę.
-E tam- mruknął Jeffrey- Nic mu nie będzie- Faktycznie. Tak naprawdę nic mu później nie było. Tylko przez jakiś czas miał niebieskiego chuja.*
 Gdy w końcu się odlałem, zostawiwszy Larsa samego sobie, wróciłem na imprezę. Kolejka do kibla już się zmniejszyła. Grała głośna muzyka, a po podłodze walały się puste butelki, szkło i resztki jedzenia. 
 Eleonore właśnie tańczyła ze Scottem. Zbereźnik próbował ciągle zjechać rękami nieco niżej niż plecy. Kawałek dalej, w kącie Mantas i Archer jakby nigdy nic grali w rozbieranego pokera z dwoma dziwkami (skąd one się tu wzięły?!), a jakaś laska i Benante tańczyli ze sobą. Dostrzegłem siedzącego na schodach Cliffa. Znowu palił papierosa.
-Gdzie James?- zapytałem, nagle zauważając że go tu nie ma.
-Poszedł po tort- mruknął Cliff i ruszył w stronę Cronosa, który obecnie zajmował się muzyką.
 Nagle wszystko ucichło. Do środka wkroczył James z ogromnym tortem z wybuchowymi świeczkami.
-Sto lat, Elenore!- zawołał i postawił przed nią tort. -Pomyśl życzenie! - dziewczyna uśmiechnęła się i pochyliła, by zdmuchnąć normalne świeczki, kiedy wpadł Abaddon z balonami, wypeł...nie, z kondomami wypełnionymi...czymś białym. Wszyscy, łącznie z El patrzeli się na niego jak na idiotę.
-Pomyśl życzenie i je pozbijam!- zawołał radośnie, chwiejąc się na nogach.
  Myślałem że zaraz ktoś mu coś powie, albo przywali. Ale nie. Norrie uśmiechnęła się słodko i zdmuchnęła świeczki.
-Na szczęście!- krzyknął Tony i zaczął zbijać prezerwatywy. 
-Fontanna z balonów!- ucieszył się każdy, kto zdążył się nabzdryngolić.
Nie muszę chyba mówić, że zawartość rozprysnęła się po całym pomieszczeniu. Dobrze, że zawczasu wynieśliśmy stąd nasze instrumenty. 
-Ej!- wrzasnął oskarżycielsko Mantas-Ty chory pojebie! Ty, jakżeś to zrobił? Przecież najpierw musiałeś się do tego spuścić, a potem...-za szybko mówił i zakrztusił się. Dokończył za niego Cronos:
-Ty jesteś kurwa pojebany! Dmuchałeś zużyte kondomy?!
-Stary...-Scott chwycił mnie za ramię i oderwał od tego cyrku. Spojrzałem na niego z zapytaniem w oczach.-Kibel  jest zajęty.
-No to idź szczać na dwór.- mruknąłem wzruszając ramionami i już chciałem się odwrócić z powrotem, kiedy powiedział:
-No byłem. Na balkoniku.
-I co?-zapytałem, przypominając sobie o...
-Stary. Ja się kurwa zeszczałem na Larsa.- wyjaśnił mi Ian.
__________________________________________





* inspirowane autobiografią O. Osbournea "Ja, Ozzy"
** Tekst oznaczony innym kolorem wyszedł spod pióra Joanne Isbell >>klik<<

!UWAGA! UWAGA! UWAGA! UWAGA! UWAGA!

 Tradycyjnie chciałam zaznaczyć, że przyjemność i zabawę z lektury mogą odebrać wam rozliczne błędy. Tak jak napisałam, tak wstawiam nieświadoma pełnej zawartości rozdziału. Przeczytałam kilkakrotnie część stworzoną przez Joanne, ale na swój tekst nie rzuciłam okiem. To tyle, (nie)miłego czytania :) 

niedziela, 6 listopada 2016

Drugie pyknięcie



 

 Z okazji zbliżających się drugich urodzin bloga postanowiłam wskrzesić opowiadanie. Ciekawe, czy ktoś tu jeszcze żyje?

poniedziałek, 20 czerwca 2016

ZAWIESZONY



Z przykrością informuję, że blog zostaje zawieszony do odwołania.

Dziękuję za odwiedziny i wszystkie komentarze. Szczególnie Belladonie, która została do samego końca oraz Evie i Joanne, które pomagały mi w chwilach zawahania.
Mam nadzieję, że do zobaczenia- o ile ktoś jeszcze będzie miał ochotę do tego opowiadania wrócić.







sobota, 4 czerwca 2016

To miała być historia drogi, rozpędzonej autostrady, wiatru, uśmiechów i potu*



Rok 1982, Los Angeles. Do miasta aniołów przybywają dwie dwudziestokilkuletnie niewiasty. Obie uciekają przed przeznaczeniem (a może zrządzeniem losu?), lecz każda z innego powodu. Obie skrywają (mroczną) przeszłość, o której nie do końca same zadecydowały. Zatem może wpłyną na swoją przyszłość? Jaki mają związek z młodym zespołem Slayer? Co połączy(ło) je z Motorhead? Tego wszystkiego, a nawet więcej dowiecie się w opowiadaniu 'Dancing with the Devils', które powstało i będzie powstawać przy współpracy mojej z Joanne Isbell.






__________________________________________

* J. Żulczyk ''Zrób mi jakąś krzywdę''


poniedziałek, 30 maja 2016

XXVI

__________________________________________

RANDI
__________________________________________

17.05.1983, Los Angeles

 Do 'ślubu' mojego taty został miesiąc. Razem z Augustem zakupili pasujące do siebie garnitury. Są przepiękne, eleganckie i oddają ich spokojne dusze. Lecz pomimo tych pozytywów czegoś im brakuje. Zaproponowali mi więc, żebym je urozmaiciła. Z wielką chęcią przyjęłam tę propozcję. To będzie świetna zabawa, tak jak i kaligrafowanie zaproszeń, którego podejmuję się razem z tatą- po kimś musiałam rękę do pędzla odziedziczyć.  
 Korzystając z wolnego popołudnia, postanowiłam wybrać się do sklepu z twórczym asortymentem. Miałam zamiar kupić farby oraz rozejrzeć się za materiałem na sukienkę dla siebie. 
-Co powiesz na to?- Winter, która chciała mi towarzyszyć, podała mi farbę w odcieniu czerwonego wina. Przyjrzałam się uważnie tubce, jak i próbce, która była załączona do opakowania. Kolor wyrafinowany, ale nie na tak ważny rytuał. Podczas zawarcia duchowej więzi między dwoma mężczyznami wszystko musi ze sobą współgrać. Czerwienie co prawda przyciągają uwagę swą intensywnością i żywotnością, ale mają swoją drugą stronę. Jest to barwa władzy, ukazuje atrybut rządzącego. Postrzegana też jako ogień, żądza i krew, a czasem nawet utożsamiana z płodnością i odwagą. Dla niektórych kolor idealny, ale ja uważam inaczej. Po złączeniu dusz, obie osoby powinny być dla siebie partnerami, współgrać i podejmować decyzje wspólnie. Ktoś, kto chce rządzić drugą osobą nie powinien w to brnąć. Czerwień to zdecydowanie nie kolor dla mojego taty jak i jego cudownego partnera. 
-Ach, Winter. Mało wiesz o życiu- oddałam koleżance tubkę, po czym schowałam się za dwoma regałami. Moją uwagę przykuło opakowanie w żółtym odcieniu. Barwa byłą lekko przydymiona, na pograniczu z piaskiem, aczkolwiek miała coś w sobie. Prezentowany kolor był ciepły i pozytywny. Żółte barwy powinny wywoływać radość, optymizm, śmiech i pobudzenie...wiele pozytywnych emocji. Przedstawia również dobroć, pomaganie innym i współczucie. Ten kolor będzie idealny do wykonania 'małżeńskich projektów'. Dla kochających się mężczyzn żółty będzie wyrażał ich potrzebę dzielenia się i kontaktu z drugim człowiekiem. Doda im energii do działania oraz pomoże zachować piękne wspomnienia, które nabędą podczas miłosnej podróży po ceremonii.
-Winter, znalazłam!- krzyknęłam uradowana, że tak łatwo przyszła mi wizualizacja własnego projektu. Będzie to coś pięknego i na pewno znaczącego. 
 Okręciłam się wokół własnej osi, ale nigdzie nie dostrzegłam koleżanki. Zafrapowana jej zniknięciem ruszyłam do kasy. Zapłaciłam za farbę oraz korzystając z okazji dobrałam kilka potrzebnych mi pędzli. Jednak Winter nadal nigdzie nie było. Jeszcze raz przeszłam się po sklepie, a następnie wyszłam, po raz kolejny żegnając się z przesympatycznym sklepikarzem. Zaczęłam iść przed siebie.Ledwie po chwili poczułam zaciskającą się dłoń wokół mojego nadgarstka. Obróciłam się w stronę osoby, która mnie złapała. 
-Gdzie Ty się schowałaś?- zaśmiałam się, rozbawiona miną koleżanki.
-Po drugiej stronie- wskazała na sklep, pod którym stał mężczyzna niespuszczający z nas wzroku. Jako pierwsze, w oczy rzuciły mi się przyległe, skórzane spodnie. Dopiero później spojrzałam na jego rysy oraz czuprynę z blond pasemkami...a może to słońce sprawiało takie wrażenie?
-Znajomy zaprosił mnie do pubu. Idziesz z nami?- posłała mi zachęcający uśmiech. Nie miałam jednak ochoty na towarzystwo.
-Kto to jest?
-Dave Sabo. Poznałam go na jakimś koncercie...chyba w Detroit.
-Co robiłaś w Detroit?- byłam bardzo dociekliwa. Chłopak wyglądał na niewiele starszego od nas, a jego aura od siebie nie odpychała.- Miałyśmy znaleźć materiał na sukienkę- upomniałam koleżankę. Nie zależało mi na jej towarzystwie, jednak nie byłam pewna, czy chcę puścić ją samą z owym Dave'em. To imię nie zwiastuje niczego dobrego, a Winter była przecież zadłużona w Kirku. Nie dla niej są otwarte stosunki z mężczyznami.
-Możemy to zrobić jutro albo w weekend. No weź, będzie świetna zabawa. Pójdziemy do Roxy.
-Wrócę do domu. Baw się dobrze.- pożegnałam się z koleżanką. Odczekałam chwilę, zanim odeszła ze znajomym. Gdy straciłam ją z pola widzenia, z utęsknieniem mogłam wrócić do domu. 
_________________________________________

JAMES
_________________________________________

 Około godzinę spędziłem na chodzeniu w tę i z powrotem pod posterunkiem. W ramach zadośćuczynienia postanowiłem odebrać dziewczynę z aresztu i wyjaśnić z nią całą sprawę. Nie chciałem, żeby między nami pojawiło się duże spięcie. Eleonore wydawała się być sympatyczna, do tego jest przyjaciółką Burtona. Pojechała z nami do Nowego Jorku, więc powinniśmy o nią dbać. Jest naszym tak jakby gościem...który na samym początku podróży zwiedzał ciasną celę.
-Cześć, dzieciaku!- z komisariatu wyszedł Higgins. Ten policjant chyba nie prędko o mnie zapomni, tak jak i ja o nim
-Chodź do środka. Twoja przyjaciółka wyjdzie dopiero za jakieś dwie godziny- nie pytając o nic, ruszyłem za policjantem. Lekko się denerwowałem wchodząc do budynku, ale od razu po przekroczeniu progu się uspokoiłem. W pomieszczeniu poświęconym na policyjną pracę oprócz naszej dwójki nikogo nie było. Nie musiałem obawiać się szyderczych spojrzeń oraz kpin. Mam dość takiej rozrywki na najbliższą dekadę, jak nie trzy. 
-Siadaj- wskazał miejsce przy biurku, po czym zniknął za drzwiami. Usiadłem posłusznie na krześle, przy okazji rozejrzałem się dookoła. Poza kilkoma biurkami zawalonymi stertą papierów nie było tutaj nic. Ostatnim razem nie zwróciłem zbytniej uwagi na szczegóły, których i tak było niewiele. Jedynie na największej ścianie wisiało kilka zdjęć, a na tablicy korkowej na przeciwko mnie widać było różne kartki i zdjęcia przedstawiające mężczyzn, których podobizny nie wisiały tam raczej w ramach nagrody. 
-Trzymaj- Pan Higgins wrócił z dwoma kubkami kawy. Upiłem kilka łapczywych łyków, co było złym posunięciem. Nie dość, że na zewnątrz przymarzłem, to jeszcze poparzyłem sobie język. A podobno to Kirk jest sierotą.
-Nie może Pan wcześniej wypuścić Eleonore?- zapytałem z cichą nadzieją. Niezależnie od wydanego werdyktu powinienem był czekać na koleżankę, ale za cholerę mi się nie chciało. 
 Ostatnie dwa dni był bardzo intensywne, napięte oraz stresujące. Straciliśmy dwa dni nagrań,- jednego dnia Lars nie był w stanie nic zdziałać, a następnego mnie nie było, ponieważ wypoczywałem w areszcie- więc musieliśmy ostro zabrać się do pracy. Pan Zazula sprawdzał nas oraz przydzielił kogoś, kto będzie pilnował, żebyśmy ze wszystkim się wyrobili. Mimo licznych kłótni, krzyków i napadów duńskiego wkurwienia, poszło nam nieźle. Nagraliśmy sporą część materiału. Dopracowaliśmy  też "Hit the Lights", a ja sam (z wielorakimi interwencjami Ulricha) pracowałem nad "Motorbreath". Zazula liczy, że do następnego piątku skończymy nagrywać. Ostatnimi czasy coraz częściej wspomina o trasie, na którą bardzo liczymy. Odjazdowo byłoby codziennie grać koncerty, chlać, dupczyć...albo i nie. Mam dziewczynę, więc mi nie wypada. Jednak wydaje mi się, że Lars niezależnie od swojego statusu zrobiłby wyjątek...nie jeden wyjątek. Kiedyś tłumaczył, że to duńska krew budzi w nim demona. Dopóki nie poznał Hope, która okazała się jeszcze większą diablicą. I to nie tylko w łóżku. 
-Ech, dzieciaku...- mocno odstawił kubek na biurko, tak, że wylało się z niego trochę kawy. Od razu zaczął przekładać teczki i pojedyncze papiery w bezpieczne miejsce, a ja w tym czasie zająłem się szukaniem jakiejś ścierki, której chyba na komisariacie nie można było znaleźć. Na szczęście Pan Higgins znalazł w jednej ze swoich pojemnych szuflad chusteczki, więc szybko opanował sytuację.- Ech, dzieciaku...-powtórzył się, ale mu nie przerwałem. Czekałem, aż wydusi z siebie coś sensownego.- Nie mam kluczy do celi. Za dwie godziny na służbę przychodzi policjant, który przypadkiem zakosił klucze do domu.
-Nie może przyjść wcześniej?!- głupio wypaliłem. Jeszcze powiem coś nie tak i zakuje mnie w kajdanki...ha...mógłby? 
-Wy, nastolatki jesteście strasznie porywczy. Pamiętam jak sam miałem siedemnaście lat. Wydawało mi się, że jestem niezniszczalny. 
-Mam dziewiętnaście lat
-Tak, ten wiek też pamiętam- niezależnie od tego, jak sympatyczny był policjant Higgins, nie zmieniało to faktu, że musiałem siedzieć na komendzie dwie długie godziny. 
__________________________________________

RANDI
__________________________________________

 Zastawiłam drzwi do pokoju krzesłem, tak, żeby tata ani August nie mogli do niego wejść. Nie mogli zobaczyć swoich strojów przed ceremonią. Nie przyniosłoby im to pecha, jak w jakimś przesądzie, ale chciałam, żeby zobaczyli dopiero efekt końcowy, gdy wszystko będzie pięknie się prezentowało.
 Zaczęłam szkicowanie różnych pomysłów. Mimo ogromu możliwości, tylko jedna musiała być właściwa. Po wykonaniu kilku rysunków usłyszałam pukanie do drzwi. Od razu przegoniłam ojca, który prosił, żebym zeszła do kuchni. Wydawało mi się, że to jeszcze za wczesna godzina na kolację.
-Randi, nie wygłupiaj się. Zaparzyłem herbatę!- usilnie próbował mnie przekonać do zejścia na dół... na próżno. Byłam zbyt zajęta, żeby dać się oderwać od pracy. 
-Wypiję później, jak ostygnie. Ja tu pracuję, tato- w dalszym ciągu upierałam się przy swoim.
-Masz gościa, Kwiatuszku- spojrzałam przed siebie zdumiona. Kto mógł o tej porze mnie odwiedzić? Winter poszła na imprezę, a Yvonne jest w szkole, na jakichś dodatkowych zajęciach. Ostatecznie mogłabym uwierzyć w to, że Hope chciała się ze mną spotkać, ale ona była na sesji na końcu miasta.
 Niechętnie wstałam, starając  się niczego nie podeptać. Schowałam barwniki do szafki, żeby nigdzie mi się nie zapodziały, a pędzle wstawiłam do kubka z wodą, żeby się namoczyły. Szybko pozbierałam kartki, po czym schowałam je do teczki. Nie byłoby dobrze, gdyby wstępne projekty gdzieś mi się zawieruszyły.
 Rozejrzałam się dookoła. Mój pokój prezentował się w porządku. Mogłam więc zająć się barykadą drzwi. Po odstawieniu krzesła otworzyłam szeroko drzwi, żeby mój gość mógł wejść do środka. Ku mojemu zdziwieniu przede mną stał tylko tata. 

-Twój gość jest na dole. Pomaga Augustowi w przygotowaniu kolacji- oznajmił z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Kto przyszedł?- zapytałam z dozą ciekawości jak i zmieszania. Nie miałam pojęcia, kogo się spodziewać. Jednak nie zmienia to faktu, że każda wizyta powinna być mile odebrana, skoro gość zechciał mi poświęcić odrobinę swojego cennego czasu.
 Weszliśmy do kuchni. Tata zajął swoje ulubione miejsce przy stole, po czym spokojnie zaczął sączyć herbatę. W między czasie wymienił porozumiewawcze spojrzenie z narzeczonym. Nie wiedziałam, co mogą mieć na myśli, dopóki nie zauważyłam mojego gościa. Od razu wyczułam czerwoną, ognistą aurę, która spowodowała mrowienie na całym moim ciele, szczególnie w podbrzuszu. Nie widziałam się z nim zaledwie tydzień, ale poczułam jakby minęła większa ilość czasu. Zakłopotana oblałam się soczystym rumieńcem. Było mi trochę nieswojo, że zapomniałam o nim. Zapomniałam o jego istnieniu. 
-Dobry wieczór, Gary- powitałam kolegę całusem w polik- Co Cię tutaj sprowadza?
-Cześć- przywitał mnie zawadiackim uśmiechem. Jak zawsze, Holt był pewny siebie.- Przyjechaliśmy z chłopakami do Los Angeles na koncert, który jutro gramy. Korzystając z wolnego dnia postanowiłem Cię gdzieś wyciągnąć. Jednak...- spojrzał na mojego ojczyma.
-...zmusiliśmy go, żeby został z nami na kolacji- August obdarzył mnie ciepłym spojrzeniem.
-Skoro tak, to czemu Gary gotuje?
-No wiesz...chciałem się trochę podlizać Twoim rodzicom, Kwiatuszku- oderwał się od krojenia cebuli, żeby oprzeć dłonie na moich biodrach. To było przyjemne, ale poczułam się trochę niezręcznie. Nie dlatego, że zbliżył się do mnie w obecności mich ojców, ale...poczułam się trochę nie w porządku wobec Cliffa. Odkąd ustaliłam, ze mam prawo czuć do niego więcej niż do innych mężczyzn, nie powinnam brnąć głębiej w intymną relację z Holtem. Nawet, jeżeli w tamtej chwili miałam na to dużą ochotę.
-Nie musisz się już martwić o partnera na nasze wesele- z zamyślenia wytrącił mnie tato.
-S-Słucham?- byłam zdziwiona jego zabiegiem. Spojrzałam na Augusta, który samym wyrazem twarzy pokazał, że nie muszę wcale iść z Gary'ym.
-Mam nadzieję, że masz garnitur, kolego?- tato wstał i poklepał chłopaka po ramieniu. Wymienili przyjazne uśmiechy, po czym wdali się w krótką dyskusję dotyczącą organizacji ślubu. Mój tata mógłby mówić o tym godzinami. Jest bardzo pochłonięty planowanym wydarzeniem.
-Zabierzmy się za przygotowywanie kolacji- jednym klaśnięciem zagoniłam mężczyzn do pracy. Przejęłam krojenie cebuli, które szło mi nadzwyczaj dobrze. Nie uroniłam nawet ani jednej łzy. 

__________________________________________




 Komputer powrócił do świata żywych, więc zapraszam do czytania nowego rozdziału. Nie spodziewajcie się fajerwerków, gdyż to jeden z tych spokojnych i nic nie wnoszących tekstów.